Świadectwa


Cierpienie wymaga większej odwagi niż śmierć

Cierpienie wymaga większej odwagi niż śmierć. "Ambicje... pozwalają się nam wzbić ponad ludzkie słabości…Poznając Ciebie uświadomiłeś mi wiele rzeczy…Rosnę i rozkwitam jak pąk róży…Kiedyś dojdę do sukcesu dzięki Tobie…Uświadomiłeś mi, że życie może być piękne...Przy Tobie zaczęłam się śmiać, uśmiechać, cieszyć z życia…Jesteśmy już razem 6 miesięcy i wytrzymałeś ze mną pomimo moich humorków...Życzę Ci ... Grzesiu... w tym dzisiejszym dniu…abyś wytrzymał ze mną mój Kotku... Ja już nie wyobrażam sobie już innych dłoni, które mogłabym dotykać… innych oczu, do których mogła bym wzdychać...innych ust, które mogła bym całować... innych ramion, do których mogła bym się wtulać i płakać...nie wyobrażam już sobie kogoś innego w moim życiu niż właśnie Ty ... Miałam farta, los sprowadził nas na siebie przypadkiem. I mimo, że Ty myślisz inaczej, nie dowierzasz, niezależnie od tego co myślisz ale prawda jest jedyna, że CIĘ KOCHAM i chcę być tylko z Tobą, bo przy Tobie jestem szczęśliwa..."

Nietypowo zacząłem początek tego felietonu prawda?… Pozwolę sobie na trochę „prywaty” i powiem wam, że taki oto wiersz dostałem od swojej byłej dziewczyny.

Przyznam się szczerze, że chwycił mnie za serce nie tylko emocjonalnie, ponieważ niedługo potem faktycznie w moim sercu coś pękło i rzeczywiście- zakochałem się w niej, po już powiedzmy, że dłuższym okresie tworzenia z nią związku. Była to moja pierwsza miłość, dziś wiem jak bardzo toksyczna. Szkoda jedynie, że po bardzo krótkim okresie od jego napisania spotykała się i po kryjomu pisała smsy z innym mężczyzną. Gdy się rozstawaliśmy, moja „ex” powiedziała mi, że oszukiwała mnie już od dłuższego czasu, oszukiwała mnie po bardzo niedługim czasie po napisaniu tego wiersza…Pamiętam także jej zdanie wypowiedziane podczas rozmowy telefonicznej „pokazałeś mi życie z innej perspektywy -poznałam je, przyjęłam i zachwyciłam się, a teraz, gdy już je znam, odchodzę do P. …” Nie da się ukryć, że przeżyłem wtedy coś strasznego, tym bardziej, że się bardzo zaangażowałem w końcu w ten związek, szukałem wręcz uczucia do tej kobiety, które po tym wierszu przedstawionym powyżej przyszło jak grom z jasnego nieba, zaryzykowałem i pomagałem M. jak i w czym tylko mogłem… Po prostu ja tej dziewczynie uwierzyłem. Gdy nastąpił rozpad związku, depresja wersja full, załamka totalna, przez którą także straciłem ówczesną pracę, a sytuacja jaka się zrodziła miedzy nami była dość skomplikowana i trudna- tzn. tak mi się wydawało wtedy. Dziś patrzę już na to inaczej, wręcz z lekkim uśmiechem na twarzy i wydaje mi się to proste jak konstrukcja cepa, czyli- „kijok, bijok i gozda”. Ale wtedy tak łatwo nie było…Słuchajcie, ja wtedy przeżyłem traumę życiową! Jednak zadziwiająco bardzo szybko się z niej ogarnąłem. (w tym momencie pozdrawiam całą BŚ, a przede wszystkim Wiktora, oraz Michała i Karolinę…!!!)

Więc jak się podnieść po traumie życiowej ? Jak zostawić przeszłość za sobą i iść dalej do przodu? Moi drodzy metod jest wiele i nie każda dla danej osoby musi być skuteczna. Najlepiej dobrać je indywidualnie, dopasować odpowiednią metodę do danej osobowości. Opis metod jednak, zostawię na później. Na swoim przykładzie tego związku napiszę, że każdy koniec jest początkiem czegoś nowego. Gdyby nie koniec tego związku, przez który na początku przyznaję - byłem w stanie niemal agonalnym, nie poznał bym ludzi, na których dziś mogę stawiać w ciemno, moje życie nie potoczyło by się w taki właśnie sposób, dzięki temu doświadczeniu nabrałem na tyle mądrości aby mógł rozeznać właściwą kobietę mojego życia. Dziś jestem już innym człowiekiem, a moje życie toczy się inaczej. Otworzyło mi to oczy i rozpoczęło nowy etap w moim życiu. Inny etap, o wiele lepszy i „wyższy” poziomowo. Obecnie z tego związku i jego rozpadu widzę ogromne pozytywy, a do "ex" nie czuje negatywnych emocji i nie życzę jej źle, a wręcz przeciwnie. Obecnie… A pamiętam jak modliłem się krótko po rozejściu, w bazylice katedralnej w Kielcach płacząc jak pies, pojechałem także niemal „w ciemno” do Częstochowy na Jasną Górę na całą noc modlić się w tej intencji… Miałem szczęście, że akurat była otwarta tej nocy… Odpowiedź i to błyskawiczną otrzymałem już podczas powrotu z Jasnej góry. Moja „ex” napisała mi wtedy, że chce ułożyć sobie życie z innym mężczyzną, a o mnie jak najszybciej zapomnieć… Oj... Jak mi było bardzo ciężko… Mógłbym rzec –Bóg nie wysłuchał moich modlitw, próśb. Ależ to bzdura! Bóg właśnie przez tak bardzo bolesne doświadczenie chciał mnie czegoś nauczyć i doświadczyć, abym stał się w pełni szczęśliwym i dojrzałym człowiekiem. Dziś to wiem, wiem, że wysłuchał mnie i rozumiem w pełni jego odpowiedź. Dziękuje Ci Panie za opiekę i troskę nade mną, mimo że wtedy jej nie widziałem… Moi czytelnicy - każda wygrana trauma bogaci nas o tak cenne doświadczenie, uszlachetnia nas, powoduje, że jesteśmy mądrzejsi i bardziej dojrzali. Każde Cierpienie i przykre doświadczenie może być także próbą dla nas, działaniem złego ducha i wystawieniem. W Biblii jest napisane, że diabeł najbardziej kusi i nęka ludzi, którzy są blisko Boga, bądź generalnie osoby o dobrym, wrażliwym sercu. Chce w ten sposób ich złamać… Tutaj odeślę was do historii biblijnego Hioba… Wynika z tego, że cierpienie mimo bólu może być pozytywnym choć bolesnym znakiem. Jednak z każdego przykrego doświadczenia, cierpienia, traumy można wyjść silniejszym i bogatszym jako człowiek, w tym wszystkim może być ukryty sens…tak cierpienie ma sens…stwarza możliwość odbudowania dobra w cierpiącym człowieku. W tym rozumieniu cierpienie może stać się przyczyną nawrócenia, odnowy moralnej i duchowej człowieka. Powiem wam, że gdyby nie ta właśnie bolesna dla mnie przygoda np. dziś mógłbym być zwykłym „bananowcem”, który nie rozumie innego człowieka i nie spogląda tak na jego wnętrze, nie mówiąc już o cennym doświadczeniu w relacjach damsko -męskich, nie pozwoliło by mi to także odkryć swojego powołania jakim jest życie i pomoc dla drugiego człowieka… Miłość i Altruizm. O Tak! Dzięki temu doświadczeniu dziś umiem współczuć i kochać, wysłuchiwać i rozumieć, nabyłem tak silną zdolność do empatii, aby tak skutecznie pomagać innym ludziom...Ci, którzy są blisko mnie wiedzą, że potrafię wysłuchać i podnieść na duchu, że umiem wspierać i pomagać. Daje mi to poczucie dumy i spełnienia, poczucie, że muszę się zawsze starać w życiu o samego siebie, motywację, że nie mogę spaść nisko, bo jestem wielu ludziom potrzebny, że wiele ludzi na mnie liczy i potrzebuje mojej pomocy. To jest dla mnie bezcenna motywacja, i traktuję to jak powołanie bądź misję. A wiecie dlaczego? bo nikt lepiej nie zrozumie drugiego człowieka jak tylko ten, który sam coś przeżył i zna coś z autopsji. Wygrywając z cierpieniem mamy szanse wygrać podwójnie swoje życie- poprzez pokonanie swoich osobistych słabości po pierwsze, i a po drugie mamy szanse stać się prawdziwymi ludźmi pomagając i rozumiejąc tych, co przeżyli to samo, nabywając w dodatku inteligencję emocjonalną. Gdybyśmy nie przeżyli niczego trudnego, byli byśmy zwykłymi prymitywami, którzy myślą tylko swojej wygodzie. W takim wypadku w gruncie rzeczy nie byli byśmy szczęśliwymi ludźmi, którzy potrafią współczuć i kochać, i na pewno odbiłoby się to na naszych kontaktach z innymi. A wygrana z cierpieniem może być wygraną swojego człowieczeństwa, a wręcz błogosławieństwem. Musicie pamiętać - zawsze w cierpienie można się albo… pochłonąć totalnie i nabrać np. kompleksów, agresji, i generalnie problemów z samym sobą… Albo się odbić w drugą stronę - czyli przykrą przeszłość zostawić za sobą, odciąć się i zacząć wszystko od nowa, by w odpowiednim czasie spojrzeć na nie jak zawodnik - zwycięzca… Zwycięzca własnego życia, poprzez pomoc drugiemu człowiekowi, poprzez nabranie wrażliwości, empatii, człowieczeństwa, altruizmu, dokonanie wewnętrznej przemiany duchowo-moralnej. Pokonanie cierpienia oznacza także nie negowanie go, ale przeżywanie go, przechodzenie przez nie, wyjście przez nie odmienionym. Dlatego gdy wam ciężko, nigdy się nie poddawajcie, zawsze walczcie jak wojownicy, a wtedy zwycięstwo przyjdzie zawsze prędzej czy później. W innym to felietonie napiszę wam kilka metod walki z cierpieniem wszelkiego rodzaju, a ten felieton zakończę cytatem z mojej filmowej trylogii życia- trylogii filmowego Rockiego Balboy...."W ŻYCIU NIE JEST WAŻNE JAK MOCNO UDERZASZ, ALE JAK MOCNO MOŻESZ DOSTAĆ I IŚĆ DALEJ DO PRZODU, ILE MOŻESZ ZNIEŚĆ I IŚĆ DALEJ DO PRZODU... TAK SIE WYGRYWA!!"

Pozdrawiam wszystkich patriotów i chrześcijan.

Świadectwo Piotrka

Pochodzę z katolickiej rodziny. Od małego chodziłem do kościoła - ale nie rozumiałem tego wszystkiego… Dlaczego tak to wszystko wygląda i po co ja tam właściwie jestem? Z upływem czasu nawet nie próbowałem się nad tym zastanowić - po prostu "chodziłem bo tak wypada, bo taka tradycja, bo mama i babcia też chodzą". Gdy miałem 8 lat zmarł mój tata. Dorastanie chłopaka, który w domu nie ma odpowiedniego wzoru, jest trudne.

Od czasu gimnazjum zacząłem słuchać i bardzo utożsamiać się z szeroko rozumianą muzyką rap i to właśnie tam zacząłem szukać wzorców zachowań, życia. Trafiali do mnie przede wszystkim polscy wykonawcy. Wszystkie teksty jak to sam jestem panem swojego losu, nikt nie będzie mi mówił jak mam żyć ubrane w „odpowiednie” słownictwo, z każdym dniem, miesiącem, rokiem – zaczęło mnie co raz bardziej staczać. W okresie licealnym, słuchałem ateistycznych wykonawców, którzy atakowali wiarę i bardzo mi się to w tamtym czasie podobało. Bardzo przeklinałem (nie potrafiłem nie raz złożyć zdania bez używania wulgaryzmów), a kłamstwo było dla mnie codziennością, szyderstwa, kradzież, opowiadanie co to nie ja, z niczym i nikim się nie liczyłem (oprócz mojej mamy). Nie odpowiadałem jej na uwagi, że w tej muzyce nie ma nic dobrego, że mnie niszczy. Najczęściej mówiłem, że słyszę w niej „tylko te pozytywne aspekty”, zatraciłem się w grzechu już tak bardzo, że nie przestałem go dostrzegać. Co jakiś czas odzywało się we mnie sumienie i szeptało, że robię źle, że to nie tak powinno wyglądać. Chciałem się zmienić, ale najczęściej ta chęć trwała tylko kilka dni. Wiedziałem, że mama bardzo mnie kocha, więc w domu nie byłem tym, kim się stawałem, zaraz za jego progiem. Nie potrafiłem, nie mogłem sprawić jej takiego bólu, ponieważ ją bardzo ją kocham - starałem się być dobrym synem. Nadal chodziłem do kościoła w niedzielę. Nie widziałem Boga w moim życiu, wcale a wręcz go zwalczałem. Uważałem, że to strasznie nudne i „siara” tak chodzić do kościoła. Mama zachęcała mnie do wspólnej modlitwy, co budziło we mnie często złość, niechęć do Boga – bo często wieczorami przesiadywałem przed komputerem. Zdarzało mi się modlić, ale tylko w czasie gdy miałem jakieś problemy. Gdzieś w podświadomości miałem zakodowane, że jak jest źle to do Boga, może pomoże, ale bywały też takie dni, że nie mogłem się modlić wcale, ponieważ bardzo niedobrze się czułem, było mi słabo. Pamiętam jak dziś słowa mamy: „Jak się modlić nie można, to znaczy, że kogoś szatan opętał.” Wywarły na mnie ogromne wrażenie. W tym czasie spotykałem się również z dziewczyną, co wpływało na mnie bardzo negatywnie, częste grzechy, masturbacja i filmy pornograficzne stały się moim uzależnieniem. Przez co w przedmiotowy sposób zacząłem traktować kobiety. W międzyczasie oglądałem film „Diaz”, po którym już kompletnie nie mogłem zrozumieć jak Bóg, jeśli istnieje może pozwalać na takie rzeczy. Przestałem o Nim myśleć. Minęło trochę czasu i zaczął się tzw. „rok osiemnastek” kilkanaście zakrapianych alkoholem imprez, gdzie raczej gubiłem umiar. Na przełomie października i listopada, coś zaczęło się dziać… Zacząłem czuć w sobie straszną pustkę, czegoś mi brakowało STRASZNIE i w tym właśnie okresie odbył się wyjazd szkolny, na rekolekcje, gdzie spotkałem egzorcystę. Dyskusja z jego udziałem, która odbyła się na forum klasy sprawiła, że zacząłem się zastanawiać, czy to możliwe, czy to jest prawdą, że Bóg tak działa, że Maryja ma tak ogromną moc i może mi pomóc. Męczyło mnie to przez jakiś czas, ale znów dał znać o sobie zły. Nie zmieniałem w życiu nic, aż do czasu ostatniej osiemnastki, gdzie naprawdę przegiąłem z alkoholem, wracając autem z miejscowości oddalonej od mojego domu o kilkadziesiąt kilometrów, zwymiotowałem na siebie w samochodzie, który prowadzili rodzice mojej przyjaciółki. Nie pamiętam jak dokładnie wróciłem do domu, ale obudziłem wtedy mamę i jej wzroku nie zapomnę do końca życia. Żal, rozpacz, złość, ciężko powiedzieć co przez to spojrzenie mówiło, ale strasznie mną wstrząsnęło, coś we mnie pękło… Stwierdziłem, że koniec z takim życiem, tak bardzo tego chciałem, że byłem gotowy wstąpić do seminarium. Nie chciałem nigdy więcej zawieść mamy. Poczułem to uczucie pustki ze zdwojoną siłą i jakiś czas po tym wydarzeniu szukając książki o gwiazdach, znalazłem inną „Rozważania o wierze” autorstwa ks. Dajczera i zacząłem ja po prostu czytać. Poruszyła moje serce, koniecznie chciałem zacząć tak żyć, dużo czytałem, dyskutowałem na tematy religijne w domu i czułem jak uczucie pustki się zapełnia przez miłość Jezusa, jak On zmienia moje życie. Ta sama muzyka, która zaczęła mnie pogrążać, zaczęła mnie wciągać z bagna w którym siedziałem, artyści tacy jak: Medium (obecnie Tau), Bęsiu, Poison, Arkadio, Mak Makowski, Under, ks Jakub Bartczak i wielu innych dali mi nadzieję, na wyjście z grzechu i radość życia z Jezusem. Godziny obejrzanych konferencji i kazań. Zacząłem się modlić. Czytałem początkowo Listy znajdujące się w Nowym Testamencie (od najkrótszych zaczynając oczywiście) kończąc na Ewangeliach, przeczytałem całość w mniej więcej 3 tygodnie. Zafascynowało mnie to, zachciałem żyć wiarą i radością jeszcze bardziej! Przekleństwa z którymi miałem problem, zniknęły, tak po prostu, Dobry Jezus dał mi łaskę, obudziłem się pewnego ranka i po prostu nie przeklinałem (sam nie potrafiłem się oduczyć, kilkukrotnie próbowałem), przestałem kłamać, prawda mnie wyzwoliła. Żyję w czystości seksualnej, która była dla mnie ogromnym problemem – ale dla Boga, nie ma nic niemożliwego. Dzięki Niemu, stałem się prawdziwym człowiekiem - mężczyzną. Złożyłem przysięgę, że do końca życia nie będę pił alkoholu, której trzymam się mocno. Jestem szczęśliwym gościem, który pragnie iść zawsze za Jezusem i dzielić się Nim z innymi.

Małżeństwo papierkiem nie jest...

Zacznę od tego, że wielką łaską obdarzył mnie Pan Bóg, dając mi tak wspaniałego człowieka i że szczęśliwie doprowadził nas do ołtarza.

Długo zbierałam się, aby podzielić się na forum swoim doświadczeniem miłości małżeńskiej. Ze względu na krótki staż, obawiałam się, że moje słowa dla wielu nie będą wiarygodne i mogą pojawić się komentarze typu „Co ona wie o życiu” lub „Na początku zawsze jest pięknie, ale gdy przychodzą dzieci, to wszystko się zmienia”. Jednak w miarę upływu czasu( a mija już rok), moje emocje nie opadły, ba, nawet idą w parze z rozumem ;)

Cztery lata spotykania się z moim mężem, wówczas chłopakiem i to tylko w weekendowym trybie w zupełności wystarczyło, aby poznać się, poprzyglądać się sobie nawzajem w różnych sytuacjach, a także przyjrzeć się relacjom drugiej osoby z rodziną, bliskimi i Panem Bogiem. Te relacje są bardzo ważne, szczególnie chłopaka ze swoją mamą, bo w pewnym sensie dają obraz przyszłego stosunku męża do żony i podejścia do rodziny, którą będzie się tworzyć. Dlatego tak na marginesie, osobiście nie wierzę w kryzysy małżeństwa wynikające z tego powodu, że ktoś nagle zmienił się po ślubie. Wiem natomiast, że okres narzeczeństwa jest m.in. po to aby pewne symptomy zaobserwować, by potem „świadomie, dobrowolnie i bez żadnego przymusu wstąpić w związek małżeński”.

Dzień ślubu był dla mnie ogromnym przeżyciem, czułam że od teraz wszystko się zmieni, zamykam jeden rozdział i otwieram drugi, od którego nie ma odwrotu. I zmieniło się – na lepsze J Warto było czekać z decyzją wspólnego zamieszkania, warto było walczyć ze swoimi słabościami, bo dzięki temu mogliśmy poczuć tą niesamowitość nowego doświadczenia życia ze sobą. Radość wynikająca ze wspólnego robienia zakupów, przyrządzania posiłków, a także dzielenia się obowiązkami, daje poczucie spełnienia. I choć nadal każdy z nas jest wolnym człowiekiem, to zawsze każda decyzja, nawet ta najdrobniejsza, podejmowana jest wspólnie, daje to dużą satysfakcję i szczęście. Pary, które decydują się zamieszkać ze sobą przed ślubem, to oprócz grzechu który popełniają, same odbierają sobie to poczucie szczęścia, które można doświadczyć tylko po nim. Wcale się nie dziwię słysząc, że ślub niewiele zmienił w ich życiu, został wręcz sprowadzony do rangi papierka... Kiedy kilka lat działałam we wspólnocie duszpasterskiej, uczestniczyłam w różnych rekolekcjach, wydawało mi się, że doświadczenie Boga w sakramentach nie jest mi obce. Dopiero Sakrament Małżeństwa pokazał, że mało o tym wiedziałam wcześniej. Nie ma bowiem silniejszego zjednoczenia z Bogiem i drugim człowiekiem. Żaden ślub cywilny na da tego poczucia odpowiedzialności za drugą osobę przed Najwyższym, ani też silniejszego poczucia jedności cielesnej. Zdaję sobie sprawę, że przyjdą gorsze chwile w końcu całe życie przed nami, ale wierzę, że uda nam się je przetrwać, bo już przed ślubem budowaliśmy nasz związek na szczerej rozmowie, szacunku i zaufaniu. I wierzę, że Pan Bóg, który pobłogosławił naszą miłość i przed którym klękamy wspólnie na modlitwie, zawsze nam pomoże. A do tego ostatniego trzeba się przełamać i nie wstydzić.

Małżeństwo to piękna droga, która prowadzi na sam szczyt, a stamtąd widoki zapewne nie do opisania! Kiedyś pomyślałam, że skoro teraz jestem tak szczęśliwa, to co dopiero potem… więc jeśli kiedyś przekroczę próg Bożej Chwały, to pragnę trzymać wtedy męża za rękę, bo to jest właśnie istota małżeństwa – WSPÓLNA droga do świętości. Amen.

Magda

Słowo Jakuba

Na wyjazd do Grodziska, miałem coraz mniej ochoty, im bliżej było do rozpoczęcia rekolekcji. W dodatku coś mi mówiło, że będzie ciężko i było, nie wiedziałem jednak, że będzie aż tak ciężko. Myślałem, że się „zresetuję”, odpocznę, będę się dobrze bawił i wrócę z rekolekcji naładowany pozytywną energią, ale jak to w życiu bywa plany się zmieniają...

Co dały mi te rekolekcje? Dzięki nim poznałem lepiej samego siebie, dowiedziałem się ile mogę znieść cierpienia, jak ważne jest by dawać innym miłość i ile zła wypalił we mnie Bóg od czasu mojego pierwszego nawrócenia. Nigdy nie dowiemy się na co nas stać, jeżeli nie znajdziemy się w sytuacji, w której nie wiemy czego się spodziewać, wtedy dowiadujemy się najwięcej o nas samych.

Na czas trwania rekolekcji postanowiłem pościć emocjonalnie. Były to rekolekcje wspólnotowe, więc ciężko było zachować obojętność wobec ludzi, których traktuje się jak rodzinę i dostaje się tyle dobra, których się kocha. Jednak jak tylko mogłem minimalizowałem wszelkie ciepłe gesty, którymi obdarowywała się większość osób wokół mnie.

Nie trzeba było długo czekać na pierwsze ataki Szatana, który zaczął mnie dosłownie bombardować różnymi negatywnymi odczuciami. Dostawałem od niego po „ryju” niemal non-stop, przebywając na swojej emocjonalnej pustyni. Wiedziałem, że muszę być silny, mimo jego ciągłego ataku sytuacjami, których nie chciałem doświadczać, obrazami, których nie chciałem widzieć i myślami, których nie mogłem zagłuszyć. Mimo tego, że na zewnątrz byłem uśmiechnięty, to wewnątrz wyłem z bólu, który rozrywał mi serce. Zachować dobrą minę do Złego gry, to dopiero było wyzwanie. Czułem się źle i miałem dosyć tych rekolekcji.

To czy ból był dobry czy zły poznaje się po owocach. Ból rodzącej matki, którego owocem jest dziecko i szczęście jakie ono daje, jest bólem dobrym. Ból, który sprawia, że jesteśmy coraz słabsi, który ciągnie się w nieskończoność, zabijając w nas życie jest bólem złym.

Teraz czuję, że urodziło się we mnie coś nowego, ból który czułem był bólem porodowym, dzięki któremu narodziłem się na nowo, a pękające serce po prostu się powiększało, bym mógł dawać więcej miłości i mieć więcej cierpliwości do bliźnich.

Rekolekcje, według planu kończyły się w niedzielę Mszą Świętą, jednak dopiero w środę uświadomiłem sobie to, co tutaj napisałem, przedzierając się wreszcie przez ciemność, która zagościła w moim sercu. Szatan jest w stanie użyć nawet bliskich nam osób w celu realizacji planu, który zakłada nasz upadek, używa dobra by w ostateczności ściągnąć na nas zgubę.

Przetrwałem tę próbę, mimo że posiniaczony, to jestem silniejszy, po stoczeniu tej wewnętrznej walki o życie wieczne. Dziękuję za ten wyjazd, który był dla mnie bezcenną lekcją, mimo że kosztował mnie tak wiele. Chwała Panu!

Jakub Wroński

Świadectwo Aleksandry

Ci, którzy znają mnie trochę lepiej pewnie się nie zdziwią, a może i... Ci którzy znają mnie trochę mniej pomyślą-wariatka, czy inne określenia. Trudno wszelkimi negatywnymi opiniami nie zamierzam się przejmować a jeśli znajdzie się choć jedna osoba, która sobie coś uświadomi czytając moje wypociny, to będzie to dla mnie wielka radość.

Skąd ten pomysł, że tu cokolwiek piszę? A no stąd, że dzisiaj usłyszałam coś czego kompletnie się nie spodziewałam- to po pierwsze. A po drugie- usłyszałam to w miejscu gdzie kompletnie akurat dziś nie chciało mi się iść bo jakoś nie miałam ochoty, w tv leciały skoki, a w planach miałam jeszcze naukę matematyki, ale jakoś to Duch Święty zadziałał, że jednak ruszyłam się z domu i Chwała Mu za to. Ale dość tych przydługich wstępów, bo jak to dzisiaj usłyszałam na spotkaniu duszpasterstwa akademickiego- świadectwo ma być wesołe, krótkie i skoncentrowane na Jezusie.

Nie wiem czy z tymi trzema punktami zdołam się uporać, ale spróbuję- bo jak to też dzisiaj usłyszałam, aby wiara wzrastała to trzeba się nią dzielić.

Otóż wszystkim Tym, którzy przejmują się jakimikolwiek chorobami, słabościami, popadają w depresję z różnych powodów, doświadczają samotności, odrzucenia,bo ich druga połówka zostawiła, zdradziła, nie wiedzą co dalej robić w życiu, czy dadzą radę podołać zadaniom jakie przed Nimi stoją oraz mają wszelkie inne kłopoty i problemy, chcę powiedzieć jedno- ZAUFAJCIE JEZUSOWI I JEMU TO WSZYSTKO ODDAJCIE. Z własnego doświadczenia wiem, że On naprawdę działa. I na pewno nie chce naszej krzywdy bo nas szalenie kocha. A wszelkie cierpienie jakie nas spotyka to nie jest Jego kara (jak to niektórzy moi znajomi myślą), to wina zła, które wciąż jest w świecie,a przede wszystkim szatana, który niestety z łatwością manipuluje niektórymi ludźmi. Jedno jest pewne jeśli to cierpienie, jakiekolwiek by ono nie było oddamy Jezusowi to On nam pomoże je znieść i w perspektywie czasu uczyni nas mocniejszymi. Przecież już prawie 2 tys. lat temu wziął te wszystkie nasze słabości, grzechy i lęki na krzyż- po to, abyśmy my byli od nich wolni. Jednego czego nam tylko potrzeba to zaufania i wiary, że On nam pomoże. I choć cały czas się tego zaufania uczę, bo ciągle jeszcze tak naprawdę mam go bardzo mało- to wiem, że jeśli będziemy trwać przy Nim to wygramy to życie tu na ziemi i przyszłe w niebie. Zresztą jak to dzisiaj usłyszałam, naszym pierwszym powołaniem jako chrześcijan jest trwanie przy Bogu, co dokonuje się zwłaszcza na modlitwie, a którą tak często zaniedbujemy. Dlaczego? Bo pierwszą rzeczą jaką chce nam zabrać szatan jest właśnie modlitwa-jak pisał pewien znany egzorcysta. A wracając do tego jak to Duch Święty działał w moim życiu. No cóż ,,materiału" z mojego życia może i starczyłoby na książkę a przecież miało być krótko. Więc może o najważniejszym... Otóż większość moich znajomych i przyjaciół zarówno (z osiedla, z liceum, z którym nie tak dawno się pożegnałam, (a które bardzo mile wspominam), ze scholki w której kiedyś śpiewałam w mojej rodzinnej parafii, jak i ze wspólnoty do której obecnie należę) ma mnie pewnie za wiecznie uśmiechniętą, radosną osobę. Ostatnio nawet usłyszałam ,, no nie ta to wiecznie uśmiechnięta, zero problemów..." Otóż nie-problemy były są i pewnie będą mniejsze lub większe. A to co mi tą radość daje tak krótko mówiąc to trwanie przy Bogu. Dobrze pamiętam czas w moim życiu nie tak dawno bo w minione wakacje, kiedy o mało co nie popadłabym w jakąś straszną depresję...Był to czas zmian- od października miałam iść na studia, niektórzy moi znajomi wyjechali, jeszcze inni z różnych naturalnych powodów nie mieli dla mnie tyle czasu ile bym chciała, wszystko się zmieniało...Czułam, że tracę wszystko to czym dotychczas żyłam. Jednym słowem lipiec był dla mnie strasznym czasem. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, poza pracą, w której nawet najdrobniejsze niepowodzenie potrafiło mnie doprowadzić to takiego stanu, że po powrocie zamykałam się w pokoju i przez pół dnia płakałam. Nie miałam innego zajęcia, nawet nie miałabym wtedy sił by się go podjąć, wydawało mi się, że jestem beznadziejna, do niczego nikomu niepotrzebna. Samotność doskwierała mi na każdym kroku. W czasie gdy inni bawili się , odpoczywali po maturze ja nawet gdy chciałam gdzieś wyjść to zazwyczaj nie miałam z kim, jakby kompletnie wszyscy o mnie zapomnieli. Pewnie i było też dużo mojej w tym winy i wmawiania sobie nieprawdziwych rzeczy. A do tego jeszcze dochodziła jedna wielka złość, że z różnych powodów nie mogę wyjechać na takie studia jakie chcę, a których w Kielcach nie ma. Powoli wchodziłam w stan jakiejś kompletnej apatii i niechęci do życia. I jeszcze kompletnie nie wiedziałam co zrobić ze swoją przyszłością...W tym czasie na szczęście nie zapomniałam kompletnie o modlitwie. Modliłam się raz więcej, raz mniej albo gdy miałam naprawdę zły dzień to w ogóle- różnie to bywało. Często wydawało mi się że Bóg jest głuchy na moje prośby. Jednak pewnego dnia,gdy siedziałam przybita bez chęci do życia, przeglądając internet trafiłam na informację o wyjeździe w góry organizowanym przez wspólnotę Zarażę cię Bogiem. Pomyślałam sobie no tak góry to jedna z moich pasji, w Karkonoszach jeszcze nie byłam a zawsze chciałam jechać, może tak coś zrobić żeby te wakacje nie były tak całkiem beznadziejne. Ale z drugiej strony przecież nikogo nie znam jak tak pojadę sama..., może z tego że jestem nieśmiała wynikał właśnie jakiś taki lęk. Właściwie to byłam bardziej na nie, ale Coś tak mi mocno podpowiadało zapisz się na ten wyjazd, że się w końcu zdecydowałam. Teraz wiem, że było to działanie Ducha Świętego. Ten czas spędzony w górach i później we wspólnocie wywrócił moje życie o 180 stopni. Długo by pisać... Gdyby nie tamte doświadczenia i tamta decyzja moje życie nie byłoby pewnie teraz tak wspaniałe jak jest. Poznałam wiele fantastycznych osób, zyskałam nowych przyjaciół, zmieniłam swoje patrzenie na swoje życie i różne inne kwestie. Większość moich problemów albo się rozwiązała albo się właśnie rozwiązuje. Teraz wiem, że w tym trudnym czasie Bóg cały czas był przy mnie i się mną opiekował i wcale nie był głuchy na moje prośby. A wszelkie trudne doświadczenia były po coś i teraz z każdym dniem coraz bardziej uświadamiam sobie po co. Długo by mówić/pisać o tym... a miało być krótko. Kończąc ktoś może zapytać dlaczego się tym wszystkim dzielę? Już odpowiadam- bo taką mam potrzebę? tak czuję? a tak naprawdę to sama nie wiem Jedno jest pewne Bóg czyni w naszym życiu małe i większe cuda, trzeba je tylko dostrzec, być wdzięcznym i każdego dnia z ufnością powierzać Mu swoje życie. A wtedy każdego dnia nie zabraknie nam ,,banana na twarzy" :)

PS. Teraz już naprawdę kończąc pozdrawiam całą wspólnotę Zarażę Cię Bogiem, wszystkich moich przyjaciół, po części to dzięki Wam jestem taka radosna. Życzę Wam i sobie abyście się nie bali świadczyć swoim życiem i głosić innym jak Bóg jest dobry .

A także przede wszystkim pozdrawiam Duszpasterstwo Akademickie Wesoła 54, w którym to dzisiejsze spotkanie zainspirowało mnie i dało powera do napisania tego

Wszystkim Wam za wszytko wielkie dziękuję :) ;*

Aleksandra Woźniak

Świadectwo Jacka

A we mnie samym wilki dwa: oblicze dobra, oblicze zła. Walczą ze sobą nieustannie - wygrywa ten, którego karmię.

Siemanko wszystkim! Wiem, raczej nie bywałem na stronie ZCB, ale chcę się podzielić tym, co ostatnio Jezus robi z moim życiem. Mam nadzieję, że będzie to wartościowe. Może wcześniej, gdy bardziej udzielałem się we wspólnocie, nie mówiłem za wiele o tym, czego doświadczałem w życiu. Możliwe, że stwarzałem pozór radosnego, mało odpowiedzialnego Jacusia, który raczej nie ma problemów.

Może przez to wiele osób nie traktowało mnie poważnie, ale zdaje sobie z tego sprawę, że sam - przez swoje wybory - do tego doprowadziłem. Nie chcę opowiadać całego mojego życia, bo to nie o to chodzi. Chcę podzielić się tą radością, której ostatnio doświadczam, która mnie z dnia na dzień zmienia i daje po prostu nadzieję, że moje życie nie jest przegrane i będzie zwycięstwem. Wystarczy, że powiem tak Dobremu Wilkowi, który jest we mnie. Przez większość mojego życia, często nie zdając sobie z tego sprawy, karmiłem tego złego: kłamstwem, nieczystością, narkotykami, egoizmem i tym, co nie pozwalało wzrastać Jezusowi we mnie. A ten zły wilk - szatan, ciągle chciał więcej, więcej, więcej… powiem szczerze, że do niedawna nawet mi się to podobało, bo łatwo jest znaleźć pokarm dla tego wilka; to wygodniejsze i niewymagające poświecenia. Szatan chciał mnie całkowicie pogrążyć.

Uciekałem bez siły, wilki za plecami wyły. Miałem tylko nadzieję i otwarte drzwi. Padłem na kolana i walczyłem do rana. Nie wiedziałem, że jestem w sobie taki zły. Latami dokarmiałem tego, którego nie chciałem, On głęboko zatopił we mnie swoje kły. Twoja modlitwa złapała go w sidła. Teraz jestem wolny, tak jak ty.

Właśnie nie wiedziałem, że jestem w sobie taki zły. Może zgubiło mnie to, że powtarzałem sobie: chłopie nie jest tak źle. Byłeś w zakonie, tak długo byłeś we wspólnocie, chodziłeś na pielgrzymki, nie ma szans byś się pogrążył. Jezus na to nie pozwoli… Oczywiście, że Jezus tego nie chciał, ale On dał mi wolną wolę i wystarczyło, że wyjechałem na studia do Częstochowy, a zupełnie zapomniałem o Nim – ale tak naprawdę, zupełnie. Szatan pogrążył mnie w narkotykach, seksie, kłamstwie, w tym - co sprawiało - że moja dusza cuchnie. Wiele razy próbował mi wmówić, że moje życie nie ma sensu. Że jest nic nie warte. A ja w tej beznadziei wiele razy miałem plany skończyć ze swoim życiem... Wstydzę się tego. Naprawdę. Już powoli przyzwyczajałem się do myśli, że moje życie będzie tak zawsze wyglądało. Przyzwyczaiłem się też do tego smrodu duszy. Ale Jezus nie dał za wygraną. Co jakiś czas ciągłe o sobie przypominał, ale ja to ciągle ignorowałem. A nawet jeśli nie, to moja przemiana trwała chwilę. A On ciągle walczył o mnie. Ciągle! Tak mnie szaleńczo kocha! Każdego kocha!!!! Pewnego razu wyszedłem sam na dyskotekę. Oczywiście miałem w planach wypić, zabawić się z jakąś dziewczyną. Gdy szedłem, po drugiej stronie zaczęły machać do mnie 4 dziewczyny: czy nie idę z nimi na dyskotekę. Ja się wzbraniałem, ale one przeszły na druga stronę ulicy i mnie namówiły. To znaczy namówiła mnie nie słowami, ale wyglądem Agnieszka. Po prostu mnie zamurowało jak ją zobaczyłem. Oczywiście miałem w myśli, że też na pewno się tylko zabawie i tak się skończy, ale tak nie było... Nie chce opowiadać całej akcji, bo to nie oto chodzi. Chce po prostu powiedzieć, że na nowo spotkałem Jezusa w tej dziewczynie. Od nowa zrodziła we mnie pragnienie bycia z Nim. Wiele się od niej uczę. Agnieszka wiele przeszła w życiu i wiele razy dostała w d... mimo swojego młodego wieku. Chce po prostu powiedzieć, że Jezus nigdy nie skreśla nikogo, choćby nie wiadomo co się zrobiło. Często stawia takiego Abrahama w naszym życiu, który wstawia się za nami, jak wstawiał się za wielkim grzesznikiem Lotem, by Bóg go ocalił. ,,Bo choćby nasze grzechy były jak szkarłat nad śnieg wybieleją". Jezus jest wielki i chwała Jego imieniu. Wiem, że każdego dnia muszę się nawracać i nigdy nie ustawać.

Proszę o Wasza modlitwę. Z Bogiem.

Jacek

holy-ghost

Msze Święte

Msza Święta akademicka
w niedziele, o godz. 18:00
light-bulb

Juniorzy

spotkania odbywają się:
w poniedziałki, o godz.19:00
sea-shell

Studenci i absolwenci

spotkania odbywają się:
we wtorki, o godz. 19:00
ichthys

Adoracje

adoracje prowadzone przez nas:
w czwartki, godz. 20:00